Miniony tydzień ponownie skierował uwagę opinii publicznej na tragedię małego Kamilka z Częstochowy. Media informowały o wyrokach dla osób, które zamiast zapewnić dziecku bezpieczeństwo i opiekę, doprowadziły do jego śmierci. W pamięci wielu ludzi wciąż pozostaje dramatyczna walka o życie chłopca prowadzona przez lekarzy w Katowicach oraz pytanie, jak mogło dojść do takiej tragedii mimo wcześniejszych sygnałów alarmowych.
Po śmierci Kamilka politycy zapowiadali zdecydowane działania i stworzenie skuteczniejszych mechanizmów ochrony dzieci przed przemocą. Pojawiły się nowe przepisy, procedury i obowiązki nakładane na szkoły oraz instytucje pracujące z małoletnimi. Problem polega jednak na tym, że mimo kolejnych regulacji wciąż dochodzi do dramatów, a dzieci nadal pozostają ofiarami przemocy psychicznej, fizycznej i seksualnej. To rodzi bardzo niewygodne pytanie — czy rzeczywiście stworzyliśmy skuteczny system ochrony dzieci, czy jedynie rozbudowaliśmy administracyjne procedury?
W ostatnich latach szkoły, placówki opiekuńcze i instytucje pracujące z dziećmi zostały objęte nowymi obowiązkami wynikającymi z ustawy o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym i ochronie małoletnich. Powstały procedury, standardy ochrony małoletnich, regulaminy, szkolenia i kolejne dokumenty wymagające podpisów. Na papierze system wygląda coraz szczelniej. Problem polega jednak na tym, że mimo rozbudowy przepisów wciąż regularnie słyszymy o przemocy wobec dzieci i młodzieży.
To rodzi pytanie: czy rzeczywiście budujemy skuteczny system ochrony dzieci, czy raczej system administracyjnego zabezpieczenia instytucji?
Nie sposób odmówić ustawie słusznych założeń. Każde rozwiązanie zwiększające świadomość zagrożeń i odpowiedzialność dorosłych jest potrzebne. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy tworzy się przekonanie, że sama procedura rozwiązuje problem przemocy. Tymczasem rzeczywistość dzieci i młodzieży jest znacznie bardziej skomplikowana niż zestaw punktów w regulaminie.
Największa część krzywd, których doświadczają młodzi ludzie, wcale nie musi przyjmować formy przestępstwa seksualnego. Codziennością wielu uczniów pozostaje przemoc psychiczna — upokarzanie, wyśmiewanie, izolowanie, manipulowanie emocjami czy systematyczne niszczenie poczucia własnej wartości. To właśnie te doświadczenia bardzo często prowadzą do depresji, samookaleczeń, zaburzeń lękowych czy prób samobójczych. Żadna procedura podpisana przez pracownika szkoły nie sprawi automatycznie, że dziecko poczuje się zauważone i bezpieczne.
Ogromnym problemem pozostaje również Internet. Grooming, sexting, anonimowe konta, zamknięte grupy na komunikatorach, publikowanie kompromitujących materiałów czy wykorzystywanie sztucznej inteligencji do tworzenia seksualizujących treści — to rzeczywistość, która rozwija się szybciej niż przepisy i szkolne procedury. Dziecko może doświadczać przemocy miesiącami, funkcjonując równocześnie „normalnie” w szkole. Bardzo często dorośli dowiadują się o wszystkim dopiero wtedy, gdy dochodzi do kryzysu.
W debacie publicznej rzadko mówi się też o najbardziej podstawowym problemie: dzieci często po prostu boją się mówić. Boją się reakcji sprawcy, odrzucenia przez grupę, wyśmiania, konsekwencji społecznych albo tego, że nikt im nie uwierzy. Można stworzyć najbardziej szczegółową procedurę zgłaszania przemocy, ale jeśli młody człowiek nie ufa dorosłym, procedura pozostanie martwa.
Tymczasem współczesna szkoła coraz bardziej przypomina instytucję przeciążoną formalnościami. Nauczyciele, pedagodzy i psychologowie funkcjonują między dokumentacją, sprawozdaniami, kontrolami i kolejnymi obowiązkami administracyjnymi. Paradoksalnie — im więcej procedur, tym mniej czasu na budowanie relacji. A przecież to właśnie relacja jest najważniejszym czynnikiem ochronnym. Dziecko najczęściej nie ujawnia przemocy dlatego, że zna regulamin. Ujawnia ją dlatego, że spotkało dorosłego, któremu ufa.
W praktyce coraz częściej dochodzi do sytuacji, w której instytucje skupiają się bardziej na zabezpieczeniu formalnym niż na realnym wsparciu dziecka. Liczy się to, czy dokument został podpisany, czy szkolenie się odbyło i czy standardy są dostępne na stronie internetowej. Znacznie rzadziej zadaje się pytanie, czy uczeń wie, gdzie może szukać pomocy i czy czuje, że ktokolwiek naprawdę go słucha.
Niepokojące jest również to, że system działa głównie reaktywnie. Procedury uruchamiają się zazwyczaj dopiero po zgłoszeniu przemocy albo po wystąpieniu kryzysu. Znacznie mniej uwagi poświęca się profilaktyce, edukacji emocjonalnej, budowaniu kompetencji społecznych czy uczeniu dzieci rozpoznawania własnych granic. Wciąż brakuje realnej, systemowej edukacji dotyczącej bezpieczeństwa emocjonalnego i relacyjnego.
Nie oznacza to, że ustawa jest niepotrzebna. Problem polega raczej na tym, że została potraktowana jak rozwiązanie całościowe. Tymczasem bezpieczeństwa dzieci nie da się stworzyć wyłącznie przepisami. Nie zapewni go kolejny formularz, podpis ani szkolenie online.
Dziecko potrzebuje obecności dorosłych, którzy mają czas zauważyć zmianę zachowania, wycofanie, lęk czy wołanie o pomoc ukryte pod agresją albo milczeniem. Potrzebuje szkoły, w której specjalista nie obsługuje kilkuset uczniów jednocześnie. Potrzebuje systemu, który nie kończy się na procedurze, lecz zaczyna od relacji.
Prawda jest brutalnie prosta: nawet najlepsza ustawa nie ochroni dziecka w świecie, w którym dorośli nie mają czasu być naprawdę blisko.
